
Gimnazjum
Dyrektorem Gimnazjum jest Pani Isabelle Ansart
***************
ROZPOCZĘCIE ROKU SZKOLNEGO
2010/2011
Collège „Les Hauts Grilets”
W dniu 2 września początek roku szkolnego przebiegać będzie następująco :
- Godz. 9 00 – 11 00 – klasy 3eme ;
- Godz. 10 30 – 12 30 – klasy 4eme ;
- Godz. 14 00 – 16 00 - klasy 5eme.
W tym dniu nie ma obiadu w stołówcz szkolnej.
Początek roku szkolnego dla uczniów klasy 6e będzie miał miejsce w piątek 3 września 2010 r i przebiegać będzie następująco:
- Godz. 9 30 – 12 00 - spotkanie z wychowawcą klasy;
- Godz. 15 00 – 14 00 - obiad w stołówce szkolnej;
- Godz. 14 00 – 16 00 – lekcje wg planu, który zostanie zakomunikowany w tym dniu.
O godz. 10 00 rodzice uczniów klasy 6e spotkają się z kierownictwem Szkoły.
Od poniedziałku 6 września wszystkie klasy odbywają lekcje zgodnie z planem.
SECTION INTERNATIONALE POLONAISE
Section pour enfants parlant déjà Polonais
Réunion
d’information et de pré-recrutement en 6ème
Jeudi 30 Mars 2010 à
19h30
Au Collège LES
HAUTS-GRILLETS
( Présence des enfants indispensable pour le passage du test en Polonais )
COLLEGE LES HAUTS GRILLETSà Sections Internationales10 bd H. Berlioz 78100 SAINT GERMAIN EN LAYE
tel 01 30 87 46
20
|
SECTION INTERNATIONALE POLONAISE
SZANOWNI
PAŃSTWO
Od kilku lat na mocy dwustronnych porozumień powstają i rozwijają się w szkołach francuskich sekcje polskie. Jedną z czterech już działających jest istniejąca od 1998 roku Sekcja Polska w Collège’u « Les Hauts Grillets » w Saint-Germain-en-Laye .
Ta forma nauki języka polskiego pozwala na realizowanie w ramach francuskiego collège’u programów języka polskiego i historii Polski analogicznych do tych, które obowiązują w polskich szkołach. Oba przedmioty wykładane są przez nauczycieli polskich legitymujących się dyplomami polskich uczelni, posiadających przygotowanie pedagogiczne i doświadczenie w pracy dydaktycznej.
Celem nauki w Sekcji Polskiej jest umożliwienie uczniom osiągnięcie pełnej dwujęzyczności, poznanie historii Polski oraz literatury polskiej.
Nauka w Sekcji Polskiej przeznaczona jest dla tych wszystkich młodych ludzi, którzy umieją mówić, pisać i czytać po polsku w stopniu umożliwiającym uczestniczenie w zajęciach prowadzonych w języku polskim. Mogą to być więc ci, którzy właśnie przybyli do Francji i pragną w ramach szkół francuskich kontynować naukę polskiego i historii Polski, jak i ci, którzy cały dotychczasowy proces kształcenia realizowali w szkołach francuskich.
Przy naborze do Sekcji Polskiej nie obowiązuje rejonizacja a funkcjonujący system transportu szkolnego umożliwia dojazd uczniów z kilkudziesięciu okolicznych miejscowości.
Warunkiem przyjęcia do Sekcji jest pomyślne przejście rozmowy kwalifikacyjnej, zdanie testu z języka polskiego oraz osiąganie przez kandydata dobrych wyników w nauce. Ostateczną decyzję o przyjęciu podejmuje dyrektor Collège’u na podstawie zaopiniowanych przez kierownika Sekcji dokumentów.
W dniu 30 marca 2010 roku o godzinie 19 30 w budynku Collège « Les Hauts Grillets » odbędzie się zebranie informacyjne dla rodziców zainteresowanych zapisem dzieci do naszej Sekcji połączone z testem dla kandydatów. Obecność kandydatów niezbędna.
Z wyrazami szacunku
Mme Isabelle Ansnart Mme Lidia TARKOWSKA-BEYRAND
Le Principal Kierownik Sekcji Polskiej
Saint-Germain-en-Laye, 10.03.2010
SPACERKIEM PO MUZEUM
POWSTANIA WARSZAWSKIEGO
W dniu 26 listopada 2009 roku mieliśmy przyjemność gościć panią Jolantę BŁAŻEJCZYK, która dzięki staraniom pani Agnieszki Sygowskiej-Kalmus przybyła do Saint-Germain-en-Laye i przeprowadziła w klasach 6e, 5e i 4e Sekcji Polskiej lekcje poświęcone Powstaniu Warszawskiemu.
Pani BŁAŻEJCZYK jest pracownikiem Działu Edukacyjnego Muzeum Powstania Warszawskiego i na co dzień w Sali Małego Powstańca przeprowadza różnorodne działania oświatowe, w tym lekcje muzealne, propagujące wiedzę o II wojnie światowej, w szczególności zaś o Powstaniu Warszawskim.
Nasi uczniowie mieli okazję zwiedzić wirtualne Muzeum Powstania oprowadzani przez Panią BŁAŻEJCZYK oraz poznać losy niektórych swoich rówieśników żyjących w okupowanej Warszawie i uczestniczących w Powstaniu. Wielkim zainteresowaniem cieszyły się ćwiczenia w rozszyfrowywaniu meldunków powstańczych oraz konkursy przeprowadzanena zakończenie każdej lekcji.
Bardzo dziękujemy naszemu gościowi i mamy nadzieję, że będziemy jeszcze mieli okazję spotkać się kiedyś czy to we Francji, czy też w Warszawie w Muzeum Powstania Warszawskiego kontynuować rozmowy na tematy historyczne.
Lidia Tarkowska
NASZE BAJKI ROBOTÓW

Saint-Germain-en-Laye 2008
SPIS TREŚCI
ASALKOWIE - Julia Knothe
ZWYCIĘSTWO - Amelia Ahyerre
MIŁOŚĆ - Zosia Beyrand
KEDZUG - Joanna Guzdek
BAJKA ROBOTA POLSATA - Joanna Indyk
OPOWIEŚĆ ELIACHA - Bartłomiej Jędrych
O MUZYKOFONIE, CZYLI O ROBOCIE, KTÓRY PIĘKNIE ŚPIEWAŁ - Natalia Knawa
BAJKA O ROBOCIE SORFUSIE - Ewa Kosiorowska
HISTORIA O ROBOTACH - Aleksander Matwiszyn
ALICJA WŚRÓD PRZYJACIÓŁ - Aleksandra Pawłowska
OKRUCIEŃSTWO GENERAŁA MUZYCZNEGO - Ewelina Pietryka
WIECZNA WOJNA - Klaudia Sławek
ZŁA ENERGIA - Michał Świergiel
MINIATUREK - Natalia Wesołowska
BAJKA O ELEKTROBOTACH - Mikołaj Więcek
DOBRO I ZŁO - Mikołaj Ziarnowski
Julia Knothe
Asalkowie
Długo, długo później, za siedmioma słońcami, za siedmioma galaktykami, istniał świat zapomniany przez innych. W promieniach stalowego słońca, na planecie zbudowanej z najprzeróżniejszych metali, rozwinęła się nadzwyczajna cywilizacja robotów. Nazywali oni siebie Asalk. Nikt nie mógł tego zrozumieć, ale wszyscy w całej galaktyce zaczęli nazywać ich Asalkami i tak już zostało.
Asalkowie mieli zwyczaj raz do roku produkować dzieci z części, które gromadzili przez cały rok. Kiedy przychodził czas składania dzieci, wszyscy brali urlop i z każdego domu słychać było zgrzytanie, piłowanie, przykręcanie, walenie młotkiem i inne podobne odgłosy. Po tygodniu, z każdego domu wychodzili rodzice prowadząc błyszczące, nowowyprodukowane dzieci. Wszyscy je sobie nawzajem przedstawiali i mówili, jak każde będzie się nazywać.
Potem dzieci, jak każde dzieci, szły do szkoły. Tornistry miały nowiutkie, całe zrobione z ołowiu, bo wszyscy wiedzą, że ołów jest jednym z najcięższych metali, a wiadomo, że tornister musi „ważyć swoje”. Ponieważ tornistry były już ciężkie, to nic nie trzeba było w nich nosić. Zresztą, małym robocikom niepotrzebne były żadne książki ani zeszyty, wystarczyło wsadzić dwa palce w kontakt biurka i jak w komputerze, wszystko zapamiętywały. W tym miejscu należy wspomnieć, że zachowywały się one jak wszystkie inne dzieci we wszystkich innych galaktykach: rozmawiały na lekcjach, kręciły się, podpowiadały, pisały liściki i robiły inne głupstwa.
Najgorsze z tegorocznej produkcji były Kedzug, Kydni, Awank i Ehtonk. Dochodziło do tego, że pani musiała stosować najgorsze kary: wyłączać dziecko na dziesięć minut, zakazywać dziecku oliwy do oliwienia, a nawet polewać wodą, co groziło zardzewieniem. Jednak te cztery robotołobuzy nie przestawały. Pewnego dnia pani tak się zdenerwowała, że zaproponowała niesfornym brzdącom napisanie bajki. Pomysł okazał się dobry. Bajka, która powstała, zaczynała się tak:
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma światami, była sobie planeta nasiąknięta wodą. Na niewielkich kawałkach nie pokrytych wodą, mieszkały miękkie, gąbczaste istoty, też w dziewięćdziesięciu procentach zrobione z wody. Kiedy słońce lekko przygrzało od razu podłączały się do butelek pełnych różnokolorowych płynów i bąbelków, a to wszystko ze strachu, żeby nie wyschnąć.
Jak te istoty się rozmnażały, tego nie wiemy, ale zostało ustalone, że po dziewięciu miesiącach pokazywały znajomym i sąsiadom małe, przeciekające i lekko śmierdzące zawiniątka, z których wydobywało się dużo wrzasku. Mówili na nie dzieci. Te dzieci najpierw długo hodowali podlewając białą wodą i wystawiając na słońce i świeże powietrze. Kiedy tak wyhodowane dziecko podrosło i było na tyle silne, żeby mu można było włożyć na plecy tornister wypełniony różnymi ciężarami, posyłano je do szkoły. Jak w każdej galaktyce, i te dzieci nie słuchały się swoich nauczycieli. Jedyny kłopot w tym, że nie można było ich wyłączyć jak przyzwoitego robota, a polewanie wodą nie było dla nich żadną karą.
Nauczyciele musieli więc wymyślać inne kary i inne sposoby zajmowania łobuzów. Jednym z takich sposobów było pisanie bajek o robotach. Zaczynały się tak: długo, długo później, za siedmioma słońcami, za siedmioma galaktykami, była sobie planeta, o której jeśli się chcecie więcej dowiedzieć, wróćcie do początku bajki!
Amelia Ahyerre
Zwycięstwo
Dawno, dawno temu, a właściwie w roku 2129, żył sobie pewien robot RSX101, zwany Robotus. Zamieszkiwał wraz z bratem KRK105 planetę zwaną Biała Gwiazda. Ich dom był w formie anteny telewizyjnej. Wchodziło się do środka przez małe okienko. Reszta rodziny mieszkała w innej galaktyce.
Biała Gwiazda była, zdaniem RSX101 i KRK105, cudowna. W nocy grzał żółty Księżyc. W dzień zaś planetę chłodziły niebieskawe promienie Słońca.
Bracia mieli nietypowe jak na te czasy zajęcie: hodowlę plastikowych kwiatów i pomarańczowej trawy. Dzięki temu znani byli nie tylko w swojej galaktyce.
Rodzeństwo było do siebie bardzo podobne. Różnili się tylko kolorem anten. Nawet usposobienie mieli podobne: szanowali się nawzajem, nigdy nie dochodziło między nimi do kłótni. Niewysocy, dobrze zbudowani (metalowy tułów krył w sobie najnowocześniejsze mikroprocesory), poruszali się dzięki obrotowej sprężynie.
Wiedli spokojne, wypełnione pracą życie, aż do tego feralnego dnia...
Z odległej o kilka lat świetlnych galaktyki przybyło trzech intruzów. Byli to Guanowie, z okrutnym i nienajmądrzejszym wodzem na czele. Celem ich inwazji było zdobycie tajemnicy uprawy pięknych roślin hodowanych przez braci. Myśleli, że pójdzie im łatwo z dwoma małymi robotami. Zaczęli więc od zastraszenia, grożąc użyciem siły. Wydawało się, że roboty ustępują. Guani nie wiedzieli jednak, że za tym kryje się doskonale przemyślany plan. Bracia zaprowadzili wodza do miejsca, w którym rósł najpiękniejszy na całej planecie kwiat. Zachwycony Guan podziwiał tę roślinę przez moment, po czym nie mogąc się powstrzymać, zerwał ją. I wtedy stało się najgorsze. Wódz olśniony pięknem kwiatu, nie wiedział, że nie wolno go zrywać, gdyż przynosi to natychmiastową śmierć. Pozostali Guanowie, zobaczywszy to, zadrżeli z przerażenia. Bali się, że czeka ich taki sam los. Natychmiast poprosili o litość i pozwolenie na powrót. Po ich odjeździe stała się rzecz niesłychana. Na miejscu czarodziejskiego kwiatu wyrósł przepiękny kaktus z długimi kolcami. Czyżby w ten sposób chciał odstraszyć od zerwania go przez nieproszonych gości?
Bracia ochoczo zabrali się za swoją pracę. Dzięki opanowaniu i pomysłowości, w łatwy sposób pozbyli się Guanów.
Tak więc nie siła fizyczna, lecz rozum zwycięża.
Zosia Beyrand
Miłość
Porwanie
W małym miasteczku na planecie Complini, mieszkali Complinowie. Żyli w pokoju z mieszkańcami sąsiednich planet. Ich władca nazywał się Complini CI. Jego imię pochodziło od jego przodków. Pierwszy król nazywał się Complini I, następny Complini II, potem Complini III i Complini CI. Syn króla Complini CI, Complini CII miał zostać królem za trzy dni, podczas swoich osiemnastych urodzin. Mieszkańcy Complini byli robotami, ale wyglądali jak normalni ludzie. Różnili się tylko uszami, za pomocą których mogli się podłączać do różnych urządzeń elektronicznych.
Pewnego dnia Complini CII rozmawiał z mamą :
– Mamo, pamiętasz, kiedy ci opowiadałem o C18 ?
– Ach, tak to ta dziewczyna!
– Czy rozmawiałaś na jej temat z ojcem ?
– Nie, przecież powiedziałam, że nic nie będę o niej mówiła. Szczególnie twojemu ojcu. Ale pamiętaj, że nie możesz się z nią ożenić, bo twój ojciec nigdy się nie zgodzi, abyś poślubił dziewczynę, która nie pochodzi z królewskiego rodu!
-Ależ mamo, ona jest taka piękna! Kiedy ją zobaczyłem pierwszego dnia szkoły, to była całkiem zagubiona, jej brązowo-czarne oczy lśniły tak, że wszyscy chcieli się z nią zaprzyjaźnić! Tak jak ja. Jej ubranie świetnie do niej pasowało, a jej włosy… Po prostu wygląda tak, jak ty kiedyś. Kiedy pewnego razu wracaliśmy ze szkoły powiedziałem jej, co do niej czuję. Była zaskoczona, słysząc, że ją kocham! Ona jest tak piękna, że...chcę ją poślubić. Wyobraź sobie ją na tle kwitnących drzew!
Zwycięstwo
Complini CII pobiegł do swojego domu najszybciej jak tylko mógł. Wziął lizopinelię , usiadł na niej i poleciał. Kilka minut później był przy wielkim, czarnym i brzydkim domu. Zaparkował. Wszedł do środka i zobaczył małą grupkę. Jeden z obecnych powiedział :
-Celinoninie, proponuje ożenić twojego syna dzisiaj.
Ludzik niewielkiego wzrostu odrzekł:
– Tak, im szybciej, tym lepiej.
Complini CII myślał: Hmmm... Jest około piętnastu osób. Nie dam więc rady sam!
Po namyśle, Complini CII chciał zacząć działać, ale zanim to zrobił, poczuł zimną rękę na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył mamę C18, obok niej był jakiś mężczyzna. Mama C18 trzymała miecz i wybuchające noże . Była ubrana tak, jakby szła na wojnę. Mężczyzna miał łuk i maczugę.
Mama C18 odrzekła:
– Pomożemy ci. Nie chcemy abyś zginął, ani abyś walczył sam. Mój mąż pomoże nam odnaleźć C18.
– Mam pomysł. Książe weźmie 5 na prawo, ty weźmiesz 5 na lewo, a ja wezmę 5 do przodu – powiedział tata C18.
– Dobrze. Bardzo wam dziękuję – odparł Complini CII .
Po jakimś czasie cała trójka wybiegła z ukrycia i zaczęła się bić. Mama C18 pokonała już wszystkich i poszła szukać C18. Complini CII później poszedł szukać Celinonina. W końcu, znalazł go w pokoju i chciał walczyć z nim, ale ten zaczął błagać:
– Proszę mnie nie zabijać, proszę! To nie moja wina, to król chciał, aby jego syn zapomniał o C18. Pozwolił mi ją porwać i mogłem zrobić z nią to, co chciałem.
– Co! To król powiedział, abyś porwał C18? – zapytał z niedowierzaniem Coplini.
– Tak – powiedział Celinonin.
– Jak się dowiedział?
Zanim Celinonin odpowiedział, Complini CII związał go i razem z C18, jej mama i ojcem wrócili i zaczęli iść w kierunku zamku królewskiego.
Kiedy do niego doszli, Complini CII wszedł do pokoju ojca, który śpiewał przy lustrze.
– Ojcze? – powiedział królewicz.
– Tak synku, słucham cię!
– Wiesz, że odnalazłem C18? – odparł Complini CII
Comlini CI zaczął krzyczeć.
– Jak mogłeś zdradzić twojego ojca ty nędzny...
– To ty zdradziłeś swoich poddanych, jesteś królem i pozwalasz porwać dziewczynę, która jest niewinna! Kto tu jest nędzny? Ty czy ja? Wszystkim w mieście ogłoszę, co zrobiłeś! – krzyczał królewicz.
– I tak nie masz żadnych dowodów , wiec ci się nie uda mnie oskarżyć! – odparł król.
Complini CI zaczął się straszliwie śmiać. Complini CII uśmiechnął się delikatnie.
– Co cię tak śmieszy – zapytał król.
– Śmieszy mnie to, że jesteś beznadziejny! – odpowiedział Complini CII.
– Jak to beznadziejny? – zapytał zdziwiony ojciec.
– Po prostu śmiejesz się nie wiedząc nawet, że mam bardzo dużo dowodów – odparł królewicz.
Zanim król zdołał coś powiedzieć, Complini CII pobiegł na dwór i zwołał wszystkich mieszkańców. Potem zaproponował Celinoniemu ugodę: Celinonin powie wszystkim co się stało i odejdzie wolny. Celinonin zgodził się. Po usłyszeniu całej historii z porwaniem, poddani zaprotestowali przeciwko królowi. Complini CI został ścięty. Complini CII ożenił się z C18 i dwa dni później został królem. Cała rodzina żyła długo i szczęśliwie.
Joanna Guzdek
Kedzug
W roku 3387 żyła mała dziewczynka Basia, która miała trzynaście lat i nigdy nie była zadowolona. Pewnego dnia poprosiła tatę, żeby jej wymyślił robota. Ojciec, który budował wiele rzeczy, zgodził się. Dziewczynka dostała swojego robota na czternaste urodziny. Była bardzo szczęśliwa. Nazwała go Kedzug. Robot umiał robić wszystko. Kiedy Basia powiedziała mu, że chciałaby psa, to zmienił się w psa. Kiedy dziewczynka chciała tygrysa, Kedzug był tygrysem, potrafił zmienić się w każde zwierzę. Czasami Basia miała ochotę na frytki albo na coś innego, robot od razu to wykonywał. Pewnego razu Kedzug zamienił się w Basię, poszedł do szkoły i napisał za nią sprawdzian. Tak było codziennie, Kedzug chodził za dziewczynkę do szkoły. Powoli Basi zaczynało się nudzić. Już w ogóle nie myślała, nie marzyła, nie miała żadnych uczuć, ani emocji, ani żadnych ambicji. Kedzug wszystko robił za nią. Na początku Basi się to bardzo podobało, ale teraz już jej to nie śmieszyło. Basia już nie wychodziła z domu, aby pobawić się z koleżankami, ponieważ Kedzug mógł się zamieniać w jej koleżanki.
Pewnego dnia Kedzug wyszedł z domu i ogromny meteoryt spadł na niego i zniszczył go całkowicie. Basia była bardzo smutna. Kedzug był jej ulubionym przyjacielem. Dziewczynka będzie musiała teraz na powrót zacząć normalnie żyć.
Basia zdecydowała, że już nigdy nie będzie miała robota. Doszła do wniosku, że nie można zastąpić wszystkiego, zwłaszcza uczuć. Jakby istniały tylko roboty, to ludzie już do niczego by nie byli potrzebni.
Joanna Indyk
Bajka robota POLSATA
Nazywam się POLSAT 7. Jestem robotem, który opowiada bajki. Opowiem Wam dzisiaj, moje drogie robodzieci, historię Zenka, który był człowiekiem, to znaczy tym śmiesznym stworem, żyjącym w czasach prehistorycznych. Przypominam, że były to czasy, w których nie rządziły jeszcze roboty.
Zenek uwielbiał elektronikę. Od dziecięcych lat marzył, aby wynaleźć takiego robota, który spełniałby wszystkie polecenia. Dlatego tez najpierw studiował elektronikę, następnie pracował w najlepszej fabryce „Elektronikus”. Przez piętnaście lat, w każdej wolnej chwili, pracował też nad robotem.
Wielkie było jego zdziwienie, gdy pewnego razu jak przyszedł do domu, a jego robot przemówił: „Od dzisiaj ja tu rządzę, a ty będziesz dla mnie pracował”. Od tej pory Zenek musiał podawać mu pożywienie robotów, tzn. olej i smary. A gdy olej był za zimny, to robot chwytał Zenka i za karę przepuszczał przez niego prąd, ale nie za silny.
Pewnego dnia Zenek się zbuntował i uciekł. U swojego kolegi zbudował drugiego robota, jeszcze większego i mądrzejszego. Razem wrócili do domu Zenka i unieszkodliwili pierwszego robota (to znaczy poprzecinali mu przewody).
Drugi robot miał słabsze baterie i dlatego, kiedy się zbuntował, to trzeba było tylko poczekać, aż się one wyczerpią. Od tego dnia Zenek już nigdy nie skonstruował nowego robota. Żył długo i szczęśliwie.
Bartek Jędrnych
Opowieść Eliacha
Nazywam się Eliach Abdal i jestem detektywem. Pewnego dnia wyczytałem w londyńskiej prasie o odnalezieniu człekokształtnego robota. Pilnie śledziłem informacje dotyczące tego zdarzenia. Postanowiłem nawet skontaktować się z instytutem, który zajmował się badaniem tej "istoty". I oto, co po wielu latach mogliśmy stwierdzić...
Otóż bardzo dawno temu, kiedy na Ziemi panował chaos i bałagan, kiedy świat był bardzo dziwny, kiedy świeciły trzy Księżyce i Ziemia była kwadratowa, żyły na niej różne gatunki robotów. Jedne miały postać dinozaurów, inne przypominały ludzi – tak naprawdę tylko one były dobre – inne jeszcze miały postać zwierząt.
Często walczyły miedzy sobą o terytorium lub o bogactwa jakie znajdowały się na danym terenie.
Pewnego dnia plemię dinozaurów człekokształtnych, których przywódcą był CZERWONOOKI, zostało zaatakowane przez metalożerne roboty przypominające swym wyglądem dinozaury. Były to potwory na sześciu łapach z prawie pięćdziesięcioma zębami. Oczy w stosunku do ciała były bardzo małe. Natomiast wzrok był przerażający. Żądliły one Człekokształtnych językiem podobnym do języka żmii. Przybyli na terytorium Człekokształtnych tzw. "Dobrych" po to, aby zagrabić ich bogactwa: diamenty i brylanty. Człekokształtni byli robotami raczej inteligentnymi, których celem było zaprowadzić na tej kwadratowej planecie pokój. Nie lubili walczyć. Toteż prawie w każdej sytuacji nieprzyjaciel ich pokonywał. Człekokształtni chcieli pokazać Metalożernym, że nie chcą z nimi walczyć. Pozwolą im wziąć wszystkie szlachetne kamienie. Chcą w zamian tylko spokoju. Natomiast dinozaurom to nie wystarczało. Oprócz bogactw chcieli tez śmierci Człekokształtnych, by w ten sposób zawładnąć całą planetą:
– Oddamy Wam wszystkie skarby – rzekł Czerwonooki, przywódca Człekokształtnych.
– Chcemy rządzić cala planetą – odparł Metalożerny.
Czerwonooki usiłował im wmówić, że mogą rządzić całą planetą i że nie ma nic przeciwko temu. Starał się ich tylko przekonać, że każda istota bez względu na swój wygląd ma prawo do życia. Nie można niszczyć czyjegoś życia ani zabierać mu jego rzeczy.
I tak ja "mały" Eliach siedzę sobie i myślę, że tolerancja nie była obca nawet tak sztucznym istotom. Tolerancja to sztuka, która kształtuje się w nas od najmłodszych lat.
Natalia Knawa
O Muzykofonie, czyli o robocie, który pięknie śpiewał
Żył sobie w krainie Nut, robot zwany Muzykofonem. Był dobrym robotem, ale nikt go nie lubił, gdyż wyglądał groźnie. Miał żelazny uśmiech, oczy bez iskierki życia, a jego włosy miały metalowy kolor. Każdy czlowiek, a nawet robot, ktόry go spotykał, uciekal przed nim ze strachu. Muzykofon byl smutny, bo nikogo nie chciał straszyć. Jego pragnieniem było znaleźć sobie przyjaciela.
Robot mieszkał samotnie na wysokiej gόrze zwanej Muzykol. By się nie nudzić, w ciągu dnia często śpiewał i grał na rόżnych instrumentach. Kiedyś, gdy właśnie ćwiczył nową piosenkę, pod jego domem przechodzil pewien mag. Usłyszawszy jego piękny głos zawołał:
– Kimkolwiek jesteś, zejdź i pokaż mi się.
Muzykofon zabrał czarną chustę, zakryl nią swoją twarz i zszedł na dόł. Mag najpierw sie zdziwił, a potem powiedział robotowi, by odsłonił twarz. Robot czyniąc to powiedział:
– Na pewno się przestraszysz, kiedy mnie zobaczysz.
Ale czarodziej ani drgnął i oglądając twarz Muzykofona rzekł:
– To ty śpiewałeś tę piękną piosenkę przed chwilą?
– Tak to ja – odparł robot.
– Jeżeli zaśpiewasz mi ją jeszcze raz, spelnię jedno z twoich marzeń – powiedział czarodziej.
Muzykofon od razu zaśpiewał, nawet jeszcze ładniej niż przedtem, po czym
rzekł:
– Mam tylko jedno życzenie, chciałbym wyglądać normalnie tak, aby nie
straszyć ludzi.
Mag oczywiście spełnił życzenie robota i zamienił go w pięknego człowieka. Od tego czasu Muzykofon żył szczęśliwie i miał wielu przyjaciόł.
Ewa Kosiorowska
Bajka o robocie Sorfusie
Był sobie kiedyś Sorfus - robot, bóg planety Krystalicznej, tak jak nasz Bóg, który stworzył planetę Ziemię. Działo się to dokładnie tak jak u nas, ale ani jedna rzecz nie była podobna do naszej. Ich planeta była czerwona i pofalowana a nasza okrągła i niebiesko-zielona.
Istniały na Krystalii radiozokfony, telezokfony, komputerozokfony, papierofony… lecz jednego Sorfusowi brakowało, sam nie wiedział czego. Wiedział tylko jedno, że te wszystkie rzeczy stworzył jakby do dekoracji, nic do niczego nie służyło.
Myślał ponad tydzieniorozok (tydzień) i doszedł do wniosku, że czuje się samotny i brakuje mu kogoś takiego jak on. Udał się więc do swego warsztatu, w którym znajdował się duży zbiór różnego rodzaju metali. Zaczął więc łączyć te metale ze sobą, aż udało mu się zbudować robota podobnego do niego.
Ponieważ ten robot był z metalu i nie posiadał w sobie życia, Sorfus nie mógł się z nim porozumieć. Ale wiedział on, że słońce daje energię i siłę życia. Wziął więc ze sobą robota i wystawił go na działanie słońca z nadzieją, że odnajdzie go żywego.
Drugiego dnia, Sorfus, po obejrzeniu wschodu słońca, poszedł na miejsce, gdzie zostawił poprzedniego dnia swojego robota, ale nie zostało po nim ani śladu. Usiadł wtedy zmartwiony myśląc, że promienie słońca roztopiły metal.
Nagle usłyszał dziwne kroki, ktoś się do niego zbliżał. Ogromnie zdziwiony, ale zarazem uszczęśliwiony, zobaczył swego sobowtóra. Od razu przypadli sobie do gustu i nie mogli się sobą nacieszyć. Byli najszczęśliwszymi robotami na planecie i od tej pory zawsze przebywali razem. Sorfus, mając bratnią dusze koło siebie, nie czuł się już samotny,.
Zadowolony ze swego wynalazku postanowił kontynuować tworzenie nowych robotów i tym sposobem zapełnił nimi całą swoją planetę.
Aleksander Matwiszyn
Historia o robotach
Kiedyś, bardzo dawno temu, na nieznanej nam planecie toczyła się wojna, miedzy dwoma obozami robotów.
Jedni mieli lepszą technologię i stworzyli kostkę, która mogła wszystko zniszczyć. Kiedy planeta wybuchła, kostka znalazła się na Ziemi.
Dzień obecny, czerwiec 2007.
Po kilku tysiącach lat hibernacji, roboty się budzą. Poczuli mocne sygnały pochodzące z Ziemi. Domyślili się, że to kostka je wysyła. Każdy obóz przygotowywał się na wyprawę. Był tylko jeden problem – jak dostać się na Ziemię? Każda grupa wymyśliła system, który dzięki meteorytowi powinien działać. Roboty udali się więc na Ziemię, aby zdobyć tę kostkę. Po wielu poszukiwaniach, okazało się, że odnaleziona kostka ma długą historię. W 1895 roku pewien naukowiec znalazł ją na Antarktydzie i odkrył w tym samym miejscu zamarzniętego robota, którego niechcąco reaktywował. To był szef obozu złych robotów. Niestety uciekł i na pewno jest gdzieś na Ziemi, czekając na swoich towarzyszy.
Los Angeles, Kalifornia, Ameryka Północna
Grzegorz Fast, wnuk naukowca, nie wie, co na niego czeka…
Dobre roboty wyładowały dalej od miasta, niż złe. To spowodowało większe zagrożenie dla Grzegorza. Jeden z dobrych robotów – X2RZ, dotarł do niego bardzo szybko i miał go bronić. Złe roboty już raz p[próbowały zabić Grzegorza, lecz X2RZZ pomógł mu uciec. Jednak władze państwa, które otrzymały wiele skarg od mieszkańców, zareagowały i porwały X2RZ. Doprowadziły go do bazy, w której znajdował się zahibernowany szef złych robotów. Przez przypadek ktoś go jednak odmroził. Robot wstał i spowodował zniszczenie całej bazy. Odnalazł też kostkę, z którą poszedł do stolicy i tam rozpoczęła się bitwa. Zły szef chciał aktywować kostkę, aby zniszczyć Ziemię. Wtedy X2RZ włożył mu ja do otworu w tułowiu, powodując autodestrukcje szefa i wszystkich złych robotów.
Aleksandra Pawłowska
Alicja wśród przyjaciół
Dziś opowiem wam o małej dziewczynce, która nazywała się Alicja. Miała rude włosy, piegi i niebieskie oczy. Była bardzo miła, ale wszyscy się z niej śmiali z powodu jej wyglądu,
Przez cale życie była więc samotna. Miała kochanych rodziców, ale to jej nie wystarczało. Chciała być jak wszyscy inni, mieć koleżanki i kolegów. Codziennie, kiedy wracała ze szkoły, pisała dzienniczek: na jednej stronie zeszytu opisywała to, co się zdarzyło w szkole, a na przeciwnej stronie rysowała różne rzeczy. Wyobrażała sobie inny świat, w którym wszyscy są mili dla wszystkich, nie ma wrogów i nieprzyjaciół.
Minęło kilka lat, Alicja miała dziewiętnaście lat. Była bardzo mądra, uczyła się, czytała, malowała, chodziła do muzeów i uwielbiała geografię. Dalej pisała dziennik i rysowała.
Pewnego dnia narysowała małego robocika, który wyglądał mile. Była bardzo dumna z siebie. Po kilku minutach obserwowania tego rysunku przyszedł jej do głowy pomysł. Postanowiła sobie stworzyć przyjaciół. Tak! Stworzyć! Był tylko jeden wielki problem: Gdzie oni wszyscy będą mieszkać? Alicja zaczęła więc szukać odpowiedniego miejsca.
Sześć miesięcy później znalazła je! Była pewna, że to będzie miejsce idealne: wyspa, na której nikt nie mieszkał, której nikt nie znał. Taka mała wyspa na środku oceanu. Po tygodniu Alicja zdecydowała poinformować rodziców, którzy byli zbulwersowani, ale cóż robić?
Alicja była taka szczęśliwa z tego wyjazdu, że chyba nikt by nie mógłby jej zatrzymać. Po południu spakowała się i wyruszyła na poszukiwanie przygód.
Kiedy wreszcie przybyła na wyspę, od razu wzięła się do pracy. Po kilku tygodniach wysiłku wreszcie skończyła. Wyspa była pełna małych robocików, które mogły chodzić, rozmawiać i śmiać się. Roboty przyzwyczaiły się do Alicji i uwielbiały ja, dla nich była ona jak siostra. Wreszcie po tylu latach smutków Alicja była radosna.
Któregoś dnia zauważyła, że dwa roboty zniknęły i nikt nie wiedział, gdzie się podziały. Następnego dnia znów jeden robot zniknął. Alicja zaczęła się martwic. Postanowiła ich poszukać. Wieczorem zauważyła małe wejście do jaskini. Kiedy do niej weszła… SZOK ! Wszystkie roboty, które zginęły były w klatkach powieszonych pod sufitem. Weszła głębiej i zobaczyła dziwnego zwierza podobnego do człowieka. Myślała, że to był jakiś goryl, który jeszcze nie został znaleziony. Zawołała przyjaciół i wiedząc, że zwierzęta są bardzo tchórzliwe, znalazła metodę, by go przestraszyć i żeby sobie poszedł. Wszyscy poszli po liście i zaczęli szeleścić nimi i hałasować. Ludo-zwierzę (tak go nazwała) przestraszył się i zaczął uciekać. Jednak pewna myśl przeszła jej przez głowę. Nieprzyjemna myśl, która jej przypominała jak wszyscy się z niej śmiali i robili wszystko, żeby sobie poszła. Może to ludo-zwierzę tylko chciało mieć przyjaciół tak jak ona? Zasmucona zaczęła biec za stworzeniem i wołać je. Niestety nic nie mogła zrobić, bo ludo-zwierzę już odpłynęło i było widać tylko małą kropeczkę daleko na wodzie. Uczucie smutku szybko ustąpiło miejsca radości, bo w końcu znalazła zaginionych przyjaciół.
Po wypuszczeniu robotów z klatek, wszyscy odeszli śmiejąc się i tańcząc. Alicja prowadziła radosne życie na swojej wyspie z robocikami. Tylko nikt nie odgadł jednej rzeczy: jak Alicja znalazła wyspę i jak na nią przypłynęła?
Ewelina Pietryka
Okrucieństwo Generała Muzycznego
Była sobie kiedyś planeta Bajukra. Planeta była piękna, ogromna i cała jakby z ognia.
Z zeznań kosmitów, którzy ją widzieli (a nie ma ich wielu) wynika, że Bajukra jest różowa. Dziwne, prawda? Różowy ogień? Tak naprawdę ogień był przeźroczysty, a mieszkańcy tej dziwnej planety różowi. Istniało tych małych stworków tak wielu i tak bardzo do siebie podobnych, że Bajukra wyglądała jak różowa piłeczka.
Jej mieszkańcy zwali się Różowobotami. Ich nazwa dużo o nich mówi: śliczne, różowe robociki. Różowoboci uwielbiali muzykę i spokojne życie. Mieszkali w maszynach, które nazywali czołgami tyle, że nie do końca podobnymi do czołgów, które znamy. Zamiast strzelać i niszczyć wszystko dookoła, czołgi Różowobotów grały na skrzypcach.
Mało było wojen na Bajukrze, a jeśli już, to o zdobycie "Wielkiej Wieży Muzycznej" otoczonej wspaniałymi nutami z przeźroczystych promieni. Wielkim wodzem mieszkańców Bajukry został Generał Muzyczny (to o nim uczą się dzieci Różowobotów na historii, i "jęczą", że nie mogą zapamiętać wszystkich dat z Generałem związanych), który uważał się za geniusza. Chciał rządzić całą Bajukrą i zdobyć" Wielką Wieżę Muzyczną". Ciemne czasy nadeszły na Bajukrę. Okazało się, że generał Muzyczny był okrutny i serce miał z kamienia. Stworzył sobie armię Różowobotów, które chyba rozum postradały, żeby się do niego przyłączyć. Bardzo prawdopodobne, że Generał zrobił im pranie mózgu!
Lud Różowobotów podzielił się na partię popierającą Generała Muzycznego i nie popierającą go ani trochę. Ta druga grupa mieszkańców Bajukry ciągle żyła w strachu. Każdy, kto nie zgadzał się z okrutnym Generałem, musiał mu służyć całe życie.
Pewnego dnia znalazł się śmiałek, który postanowił podstępem ośmieszyć Generała. Zwał się Karwin, miał krzywy nos i wariackie pomysły. Opowiadał o swoich zamiarach każdemu, kto chciał go słuchać. Mówił: Precz z Muzycznym! Precz z nim! W ten sposób zdobył zaufanie wielu Różowobotów i ze swoimi nowymi przyjaciółmi ruszył przeciw Generałowi. Miał następujący plan: wykraść "Piekielne Płomienie Pochłaniające" z Wulkanu Śmierci, zamknąć je w puszce na ulubioną kawę Generała i podstępem mu ją podrzucić.
Jego plan zadziałał. Gdy rano, przy śniadaniu, Generał Muzyczny chciał zaparzyć sobie kawę, z jego puszki wyskoczyły "Piekielne Promienie Pochłaniające" wprost na jego nos, który od razu zniknął. Zdeformowany Generał Muzyczny postanowił opuścić Bajukrę i emigrować na planetę Ziemię. Różowoboci szczęśliwi i zadowoleni, że nie muszą już żyć pod władzą okrutnego generała, ogłosili Karwina swym królem.
Podobno Generał Muzyczny nadal jest w drodze. Może niedługo doleci swoim kosmicznym czołgiem na Ziemię? Jeśli tak, to na pewno nie zapanuje nad nami - Ziemianami, ponieważ dobro zawsze zwycięży.
Klaudia Sławek
Wieczna wojna
Dawno temu, przed wiekopomnym Bing Bangiem, na odległej planecie nazywanej wtedy Gilukumorfia żyły dwa ludy: lud Tetramorfow oraz lud Gilukow.
Lud Gilukow był ludem spokojnym i dobrym, pragnącym pokoju oraz słodkiego życia. Zaś lud Tetramorfow był ludem energicznym, lecz burzliwym, który pragnął jedynie wojny i dobrego smaru do picia. Tetramorfowie byli robotami ceramicznymi i zapewne wydaje się Wam to dość dziwne, ponieważ myślicie o ceramice jako o dzbanach i wazach o niezwykłej kruchości. Ten lud jednak potrafił doprowadzić ceramikę do stanu, w którym nawet stal by jej nie rozbiła. I chociaż Tetramorfowie wyglądali jak białe anioły z delikatnej porcelany, był to lud chciwy, samolubny oraz egoistyczny. Gilukowie zaś byli istotami z piasku, a raczej ze szkła i wychodzili z ziemi jak nocne zmory, a gdy nadszedł ich czas rozpływały się tworząc szklaną plamę podobną do zamarzniętego stawu, który nigdy już nie miał odmarznąć. Przez cale ich życie przechodzili metamorfozę: na początku rodzili się czarni jak smoła, a im starsi byli tym bardzie stawali się krystaliczni.
Tetramorfowie zagarnęli wszystkie bogactwa Gilukomorfi, nie wyłączając tych należących do Gilukow i choć posiadali krainę nazywaną Tetromorfia, która zajmowała większość planety; to pragnęli dużo więcej.
Aklip również tego pragnął, lecz on mógł wiele zdziałać, bo był wielkim wodzem oddziałów Loogu, które uważano za bardzo niebezpieczne i sławiono od Pelksu (wielkiej rzeki) do Ypukaz (stolicy Tetromorfii nazywanej także Miastem Próżności). Aklip chciał wojny i zwycięstw, czego nie mógł zdobyć, bo wielki władca jego kraju, Julacop zawarł pokój z Gilukami i pod żadnym pozorem nie chciał go zerwać. Choć żaden z Tetramorfow nie znał przyczyny jego lęku, to respekt, który jakikolwiek Tetramorf żywił do innej istoty był zawsze podszyty strachem. Czego więc bał się Julacop?
Lata mijały, Julacop starzał się coraz bardziej, a Aklip był jednym z faworyzowanych kandydatów na tron, który był prawie w zasięgu jego ręki. Wiedział już jaki będzie jego pierwszy dekret, jeśli wywołanie wojny można nazwać dekretem. Marzyły mu się wielkie bitwy i zdobycze, choć nie znal ani siły wroga ani jego majątku, bo oddzielał ich długi i wysoki mur, który został postawiony podczas wielkiej wojny Gilukomorfianskiej. „Tchórze! Myślał Aklip. Czy zwykły mur zdoła nas powstrzymać od ataku?”
Gromadził wojsko i wzmacniał swoje legiony, a gdy zasiadł na tronie wydał rozporządzenie o wojnie. Nikt nie stawiał oporu, wszyscy kochali wojnę i chcieli poznać tajemnice, którą skrywał mur. Natychmiast rozpoczęto jego wyburzanie. Trwało to długo, dwa, a może trzy miesiące, lecz nikt się nie poddał.
Gdy już mur został wyburzony, posłano wysłannika z wiadomością, że wojna została rozpoczętą. Wrócił szybko z grzecznym listem mówiącym o tym, że po przyjacielsku wojnę przyjmują, co Aklipa bardzo zdziwiło. Aklip rozpoczął wojnę i ruszył prosto na stolicę Gilukow. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, gdy zobaczył istoty czarne, wyłaniające się z ziemi u ich stop i miliony uśmiechniętych twarzy. Wojsko Aklipa ruszyło do walki z triumfalnym okrzykiem: „APUDA” i w tym momencie grunt pod ich stopami zaczął drżeć i powoli sławne odziały Loogu zaczęły się zapadać w miękki piasek ku wielkiemu zdumieniu Aklipa, który właśnie uświadomił sobie rolę muru, który miał ich chronić przed wywołaniem następnej wojny i straceniem tylu ludzi.
Aklip został przy życiu i wrócił do swego kraju, by odbudować mur, zawrzeć pokój i spokojnie rządzić aż do śmierci, po której na pewno następny głupiec rozpęta wojnę i tak jak on wróci pełen wstydu, zdecydowany nikomu nie mówić o swej zniewadze.
KONIEC (i początek nowej wojny)
Michał Świergiel
Zła energia
W bliżej nieokreślonym czasie i przestrzeni, w odległej galaktyce, na planecie, na której święciły dwa Słońca i trzy Księżyce istniały inteligentne roboty. Wiodły one życie spokojne i bezkonfliktowe do czasu, gdy z dalekiego kosmosu spadł meteor z niewyjaśnioną energią. Energia ta zmieniła część robotów w machiny wojenne. Wybuchła wojna między dobrem a złem i doprowadziła do zniszczenia planety . Złe roboty uciekły z kamieniem energii, aby zniszczyć galaktykę. Dobre roboty dowiedziały się o ich złych zamiarach i ruszyły w pościg. Wyładowali na planecie Ziemi, gdzie mieszkańcami są ludzie. Aby nie wzbudzić podejrzeń, przyjęli formę pojazdów mechanicznych używanych przez ludzi. Będąc na tej planecie zauważyli, że złe roboty już przybyły przed nimi i przygotowują się do przejęcia Ziemi. Oznaczało to, że chcieli zdobyć kontrolę nad wszystkimi mechanizmami. Cale szczęście, że do tego nie doszło. Ludzie i roboty zjednoczyły swoje siły i stoczyły z wrogiem wielką bitwę. W tej walce pokonali zło i zniszczyli kamień. Od tej pory ludzie i dobre roboty żyją w pokoju na planecie Ziemia.
Natalia Wesołowska
Miniaturek
Na planecie Mikroidzie żył sobie pewien mały robot. Mieszkańcy tej planety byli tacy mali, że psy służyły im za konie. Ponieważ mały robot był najmniejszym ze wszystkich nazywano go Miniaturkiem. Pewnego dnia dowiedział się, że na końcu planety zamieszkał wielkolud, który straszył ludność. Żądał, żeby mieszkańcy przynosili mu jedzenie, bo inaczej ich zadepcze. Miniaturek zdecydował się uratować naród i odszukać wielkoluda. Gdy go odnalazł, ten spał obok młyna i chrapał, aż się trzęsła ziemia.
“Hej, wielkoludzie !”- krzyknął Miniaturek.
Ten jednak ani nie drgnął. Miniaturek zaczął krzyczeć w niebogłosy, aż w końcu obudził kolosa. Następnie mały ludzik wskoczył na wielkoluda i zaczął go łaskotać. Nie przestawał go łaskotać a wielkolud śmiał się, aż do tego stopnia, że po pewnym czasie pękł. Miniaturek dumny z siebie wrócił do miasteczka i został uznany za bohatera.
Mikołaj Więcek
Bajka o elektrobotach
Ludzie żyją sobie spokojnie na Ziemi, każdy ma swój dom, swoje latające samochody…
Nagle w atmosferę ziemską statek kosmiczny i ląduje w Europie. Wychodzi z niego elektrobot z innej planety, który przybył podbić Ziemię. Jego części ciała pokryte są słodkim syropem, dzięki któremu może żyć na swojej planecie, lecz na Ziemi przyciąga to osy i szerszenie. Elektrobot Słodki próbuje je odpędzić i rusza się w każdą stronę, co denerwuje owady, które zaczynają go kłuć. Elektrobot Słodki pada martwy (czy raczej przekłuty).
Godzinę po śmierci elektrobota Słodkiego na Ziemię w celu jej zdobycia przybywa elektrobot Słony . On również przyciąga osy i szerszenie, wchodzi wiec do wody, żeby się opłukać, lecz nie umie pływać! Elektrobot Słony tonie i ginie pod wodą.
Następnego dnia przylatuje kolejny elektrobot - Bezłaski , w tym samym celu, co dwaj poprzedni. Nie ma on jednak żadnej wady, jest idealny. Elektrobot niszczy kraje i armie, zdobywa kontynenty, aż zdobywszy całą kulę ziemska, koronuje się i zostaje królem. Króluje długo, ale nikt go nie szanuje, ponieważ zabił tysiące ludzi a nawet dzieci. Gdy król przechodzi, ludzie nie kłaniają mu się, tylko plują mu pod nogi. Elektrobot Bezłaski niszczy domy i zabija, ale nikt na to nie reaguje. W końcu nie wytrzymuje, jest królem, ale królem bez ludu. Decyduje się na opuszczenie Ziemi i obiecuje sobie, że już nigdy na nią nie wróci. Ludzie znowu są szczęśliwi. Odzyskawszy ziemie i domy prowadzą spokojne życie. Nie ma już elektrobotów.
Można być idealnym i najlepszym, ale bez wsparcia kogoś jest się niczym.
Mikołaj Ziarnowski
Zło i Dobro
Żył raz pewien konstruktor - informatyk, który po utracie pracy, rodziny, postanowił zbudować sobie własną rodzinę na zwykłej planecie Mars. Zabrał się wiec szybko do pracy. Po dwóch latach udało mu się zbudować Ogniasza, Dzudasza i mnie. Ogniasz był najstarszy, następnie był Dzudasz, ja byłem najmłodszy. Pewnego dnia, gdy szedłem sobie leśną dróżką, usłyszałem jakieś glosy. Postanowiłem zobaczyć, kto może je wydawać. Kiedy doszedłem do celu, zauważyłem jakąś dziwna postać. Była ona podobna do naszego konstruktora, tylko dużo mniejsza. Gdy do niej podszedłem, przestała wydawać odgłosy, przeciwnie, patrzyła się na mnie, jakby nigdy nie widziała blach ani śrubek. Wziąłem to coś pod rękę i zaprowadziłem do chaty. Ogniasz i Dzudasz chcieli mi odebrać moje znalezisko, ale zdążyłem je zanieść to do konstruktora. Kiedy zobaczył, co mu przyniosłem, zdziwił się strasznie, ponieważ myślał, że jest on jednym człowiekiem na tej planecie. Zadawał mi rożne pytania na temat miejsca znalezienia tej postaci. Nie rozumiałem wszystkiego, ponieważ kiedy konstruktor nas budował, zabrakło mu dla mnie mózgu, wiec wsadził mi do głowy orzecha. Następnie wytłumaczył mi, ze ta postać nazywa się dzieckiem. Nazwaliśmy to dziecko Bratem. Brat rósł bardzo szybko, był z nami szczęśliwy. Kiedy był już na tyle dorosły, żeby poznać swoją przeszłość, konstruktor opowiedział mu jak się u nas znalazł. W roku 5005 konstruktor zmarł ze starości. Pochowaliśmy go na Marsie. Jego odejście najbardziej przeżył Brat. Zdecydował on zemścić się na ludziach, ponieważ miał żal, ze został porzucony przez matkę. Aby to zrealizować, wrócił na Ziemię. My zeszliśmy tam razem z nim. Byłem zdziwiony okrucieństwem ludzi, ich nienawiścią i zazdrością wobec siebie. Razem z Bratem chcieliśmy pokonać to zło, aby ludzie byli szczęśliwi. Dowiedzieliśmy się, że to zło ma siedzibę na Neptunie. Brat zbudował statek kosmiczny i wybraliśmy się na Neptuna. Na tej planecie znajdowała się ogromna stacja nadawcza, która wysyłała na Ziemię negatywne fale. Weszliśmy bez problemu do bazy, ale później zaczęły się kłopoty. Było nas czterech, a wysłanników zła dwa razy więcej. Zaczęła się bitwa miedzy dobrem a złem. Każdy z nas trochę ucierpiał, ale udało nam się ich pokonać. Kiedy dostaliśmy się do centralnej sali, czekał na nas potwór - dowódca zła. Był on ogromny, silny, po prostu nie do pokonania. Stanęliśmy z nim do walki. Każdy atak kończył się porażką. Nie było już nadziei na zwycięstwo nad złem. Pomyślałem, ze każdy robot z blachy ma komputer, który daje mu życie. Brat, Ogniasz i Dzudasz odwrócili uwagę potwora, a ja rzuciłem się na jego plecy od tylu. Otworzyłem skrzynkę i wyrwałem wszystkie kable. Po chwili robot padł na ziemię. Zwyciężyliśmy! Okazało się, że ten potwór został zbudowany przez wariata, który zmarł 1000 lat wcześniej. Od naszego zwycięstwa ludzie zmienili się, pomagali sobie i byli dla siebie życzliwi. Brat wrócił do swojej matki, która bardzo się ucieszyła na jego widok.
Ja, Ogniasz i Dzudasz żyjemy na Ziemi szczęśliwi, pomagamy ludziom we wszystkim. Przekonaliśmy ich, że dobro zawsze zwycięża.
OPIS NASZEJ KLASY


Bardzo lubię naszą klasę polskiego, ponieważ dzięki niej wszyscy mogą docenić kulturę polską. Uczniowie, którzy mówią „słabiej” po polsku mają możliwość się doskonalić dzięki różnymi książkami, plakatom i filmom polskim. Klasa wyposażona jest też w telewizor, dzięki któremu możemy oglądać polskie filmy. Ułatwia to nam na przykład naukę historii Polski. Poza tym w naszej klasie jest bardzo miło i sympatycznie.
Józef Kawalec, 5 ème
Lea Rzenno, 5eme
Moja klasa
Moja klasa jest wspaniała
Nie za duża nie za mała.
Eliza Bodziach, 5ème
Moja klasa – klasa Sekcji Polskiej w Gimnazjum bardzo mi się podoba, ponieważ jak się do niej wchodzi to wiem, że nie zabłądziłam. A jak już wejdę i się odwrócę, to u samej góry, nad tablicą na czerwono (w kolorach Polski) pisze ‘’SEKCJA POLSKA’’ no to teraz już wiem, że nie zabłądziłam. Bardzo lubię naszą salę, ponieważ jest w niej fajna atmosfera. Uwielbiam czytać po polsku i jak nie posiadam książki, którą chciałabym sobie przeczytać, to wypożyczam w naszej klasowej biblioteczce.
Bardzo lubię Sekcję Polską!
Nicole Niewiadomski, 5ème
Nie ma drugiej takiej klasy
jak z nas fajne ananasy!!
A my za to ja kochamy
i do szkoły uczęszczamy.
Nasza Pani jest wspaniała
bo rozumie nasze prawa.
Czasem tez ”porozrabiamy”
jak z zastępstwem problem mamy.
Każdy smutek rozwiewamy
gdy do klasy wraz wpadamy.
Zawsze z nami jest przyjemnie
gdyż lubimy się wzajemnie.
Jest mi bardzo w niej wesoło
bo uczymy się szałowo.
Klasa, w której uczymy się języka polskiego jest najprzyjemniejszą salą w całej szkole. Wydaje się mała, lecz jest przytulna i bardzo dobrze się w niej czujemy. Jest pięknie udekorowana. Na jej ścianach powieszone są portrety wybitnych Polaków..
W klasie znajduje się też biblioteka pełna książek, które pozwalają nam polepszyć naszą wiedzę językową.
Co dzień, kiedy się uczymy, słoneczko zagląda do nas przez okna i uczy się wraz z nami.
Bardzo lubimy naszą Sekcję i ojczyznę.